Romain Gary „Obietnica poranka”

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Postanowiłam dzisiaj podzielić się z Wami moją ostatnią lekturą – La promesse de l’aube; ponieważ zaś istnieje bardzo dobre polskie tłumaczenie tej znakomitej książki, postanowiłam się nim wyręczyć przy przytaczaniu co ciekawszych fragmentów. To, co odkryłam, powinno posłużyć za przestrogę dla studentów filologii romańskiej, którzy często – mimo znajomości języka oryginału – wolą czytać tłumaczenia… Otóż w polskim wydaniu Obietnicy poranka w przekładzie Jerzego Pańskiego brakuje jednego rozdziału! Co ciekawe, właśnie ten brakujący rozdział poświęcony był Polakowi, panu Zarembie. Zanim jednak wspomnę, co stracił polski czytelnik wraz z tym fragmentem, słów kilka o samej książce.

źródło: http://lepandemoniumlitteraire.blogspot.com/2010/09/gros-calin-de-romain-gary.html

Obietnica poranka to autobiograficzne studium bardzo ścisłej relacji łączącej pisarza z jego matką. Jak tylu innych francuskojęzycznych literatów, Gary kreśli pełen miłości obraz matki – najważniejszej kobiety swojego życia, jedynej miłości prawdziwej i bezwarunkowej, która naznaczyła wszystkie jego relacje z płcią przeciwną piętnem nostalgii i niedoskonałości. (Chociaż zdanie, po którym właśnie postawiłam kropkę, zdaje się opisywać koszmarnie łzawą, sentymentalną i kiczowatą historię, żaden z tych epitetów do tekstu Gary’ego nie przystaje.)

Samotnie wychowująca syna, przeciętna aktorka pochodząca z Moskwy, ima się rozmaitych zajęć (w Wilnie, Warszawie i Paryżu), by zapewnić byt ukochanemu jedynakowi, który zostać ma w przyszłości (ziszczając jej marzenia) ambasadorem Francji (kraju, który uważa za swoją ojczyznę, nie mając nawet francuskiego obywatelstwa). Ta matczyna miłość uwzniośla drobne szachrajstwa i żenujące sztuczki, do których ucieka się kobieta nie tylko po to, by przeżyć, ale też by zagwarantować swojemu synowi codzienną porcję mięsa na obiad i miejsce w klubie tenisowym… Obdarzony miłością bezwarunkową, skazany na bycie człowiekiem wybitnym, mały Roman Kacew podziela szaleństwo rodzicielki i całymi dniami oddaje się zajęciom, które mogą doprowadzić do realizacji jej marzeń, stać się dowodem synowskiej miłości i – przede wszystkim – oddać sprawiedliwość jego matce (to dążenie do zniwelowania niesprawiedliwości – osobistej i społecznej – zdaje się przenikać całą prozę Gary’ego). Do zajęć tych należy np. żonglowanie czy prowadzenie zeszytu z pomysłami na pseudonim literacki… Już po osiągnięciu pełnoletności młody Gary wciąż wyznacza sobie cele, myśląc bardziej o matce niż o swoich potrzebach. Szansą na wybicie się staje się dla niego wojna…

Bardziej atrakcyjny od akcji i opisywanych zdarzeń jest styl Gary’ego, a zwłaszcza – ciepła ironia, którą doprawia opisy matczynego poświęcenia i swoich wyczynów. Czytając Obietnicę poranka, ma się wrażenie obcowania z osobą bezwzględnie szczerą, niezwykle samoświadomą, staroświecko wrażliwą i głęboko ludzką. Czytając tę książkę ze świadomością, że pisarz popełnił samobójstwo 20 lat po jej wydaniu, trudno uwierzyć, że autorem tych zdań tak mocno świadczących o odwadze wobec życia, wytrwałości i o pogodzeniu ze sobą mógł być ten sam człowiek, który zdecydował się na akt ostatecznej rozpaczy.

Nie chcę uprawiać jarmarcznej psychologii, ale może w perspektywie tego czynu, inaczej odczytuje się tego typu fragmenty:

(…) ilekroć myślę o moim kocie Mortimerze, pochowanym w jednym z ogrodów Chelsea, o moich kotach Mikołaju, Huphrey’u i Gaucho, i o Gastonie, zwykłym kundlu – o wszystkich,  z którymi rozstałem się tak dawno, wystarcza, bym podniósł rękę i dotknął końca swego nosa, by mieć poczucie, że nie wszyscy towarzysze życia mnie opuścili” (R. Gary, Obietnica poranka, tłum. J. Pański, Kraków 2004, s. 83)

A oto kilka cytatów na zachętę i dla rozsmakowania: anegdotki z dzieciństwa pisarza – przykład autoironii i wirtuozji pisarskiej w najlepszym wydaniu. Pierwszy fragment opisuje Miszkę, cukiernika, którego miłosne zmagania podglądała okoliczna dzieciarnia. Drugi dotyczy ciężkich prób, na jakie wystawiała narratora jego pierwsza dziecięca miłość…

Nie ulega wprawdzie wątpliwości, że wówczas, w wieku dziecięcym, nie dysponowaliśmy żadnym materiałem porównawczym, ale nawet dziś – jako człowiek, który wiele podróżował, wiele widział, słyszał i przysłuchiwał się z uwagą tym, co zakosztowali najlepszych amerykańskich lodów, poznali smak ptifurek słynnego weneckiego Floriana, rozkoszowali się wiedeńskimi strudlami i sachertortem, i wreszcie jako człowiek, który sam zwiedził najznakomitrsze herbaciarnie obu kontynentów – jestem wciąż przekonany, że Miszka był rzeczywiście wielkim cukiernikiem. Udzielił nam owego dnia lekcji o głębokim znaczeniu moralnym, uczynił z nas ludzi skromnych, którym już nigdy nie będzie się wydawało, że to oni wymyślili proch. Gdyby Miszka, zamiast osiąść w niewielkim zapomnianym mieście wschodniej Europy, otworzył sobie ciastkarnię w Paryżu, byłby dziś człowiekiem bogatym, sławnym i obsypanym odznaczeniami. (…) Kiedy wreszcie natchnienie opuściło Miszkę i na ziemi pozostał tylko zgnieciony cylinder, sprasowane boa z piór i zdumiony drewniany manekin, grupka zmęczonych i milczących chłopców zeszła z dachu.” (R. Gary, Obietnica poranka, tłum. J. Pański, Kraków 2004, s. 69)

 Miałem już prawie dziesięć lat, kiedy zakochałem się po raz pierwszy (…) Ona miała lat osiem i nazywała się Wala. Aż do utraty tchu mógłbym o niej opowiadać, a gdybym miał głos, śpiewałbym bez końca hymny o jej piękności i wdzięku. (…) podałem jej trzy zielone jabłka, które właśnie ściągnąłem z sadu. Przyjęła je i oświadczyła jakby od niechcenia:

- Janek zjadł dla mnie swoją kolekcję znaczków.

Tak rozpoczęło się moje męczeństwo. W ciągu dni następnych zjadłem dla Wali kilka garści gąsienic, znaczną ilość motyli, kilo czereśni wraz z pestkami, mysz i wreszcie – śmiało to mogę powiedzieć – w dziesiątym roku życia, a więc znacznie wcześniej niż Casanova, zająłem miejsce pośród największych kochanków świata, składając dowód miłości, na który – o ile wiem – nikt się jeszcze nie zdobył. Zjadłem mianowicie dla mojej ukochanej gumowy pantofel. (…)

                Bóg jeden wie, co rozmaite kobiety kazały mi łykać w życiu, nigdy jednak nie spotkałem istoty równie nienasyconej. Była to Mesalina w połączeniu z bizantyjską Teodorą. (R. Gary, Obietnica poranka, tłum. J. Pański, Kraków 2004, s. 61-62)

http://www.krakow.pl/otwarty_na_swiat/start/aktualnosci/10969,62,komunikat,szelmostwa_chlopca_z_kaloszem.html

I jeszcze na koniec historia polskiego absztyfikanta matki Gary’ego (pochodząca z rozdziału, który zniknął z polskiego wydania). Ów mężczyzna, niezwykle bogaty malarz, zdawał się bardziej zafascynowany relacją łączącą matkę i jej jedynaka niż samą kobietą. Dla matki i syna był mile widzianym towarzyszem, gdyż jego obecność niejako uwypuklała łączącą ich więź. Oto jak pan Zaremba spróbował przekonać matkę Romain, by część swoich matczynych uczuć przelała na niego:

Pewnego dnia zresztą, po tym, jak na stoliku ogrodowym postawiono przede mną tacę z podwieczorkiem, pan Zaremba pozwolił sobie na gest, który – wychodząc od mężczyzny tak nieśmiałego i zdystansowanego jak on, stanowił ekwiwalent niezwykłej demonstracji odwagi i czegoś w rodzaju niemej, lecz żarliwej deklaracji uczuć. Pan Zaremba wstał z fotela, nieproszony usiadł przy moim stoliku, wyciągnął rękę i wziął jedno jabłko z koszyka, po czym stanowczo zaczął je gryźć, patrząc zarazem w oczy mojej matce – jakby rzucając jej wyzwanie. Obserwowałem to z rozdziawionymi ustami. Nigdy nie podejrzewaliśmy, że pan Zaremba mógłby być zdolny do takiej śmiałości. Wymieniliśmy oburzone spojrzenia, po czym tak chłodno wpatrzyliśmy się w malarza, że biedny człowiek po jednej czy dwóch próbach pogryzienia jabłka odłożył owoc na tackę, wstał i odszedł ze zwieszoną głową i skulonymi ramionami. (R. Gary, La promesse de l’aube, Gallimard Folio, Paryż 2008, s. 187; tłum. K. Panfil)

Ciekawostki

-historia bardzo znana : Romain Gary tworzył także pod pseudonimem Émile Ajar. Dlatego też otrzymał nagrodę Goncourt dwukrotnie, choć może ona zostać przyznana danemu pisarzowi tylko raz

- a to cytat z Wikipedii: „Romain Gary był autorem ciekawej „teorii politologicznej”, która mówiła, że w Związku Radzieckim po łysym przywódcy zawsze przychodzi owłosiony. Ta w gruncie rzeczy na wpół żartobliwa hipoteza nigdy oczywiście nie została poparta żadnymi dowodami, jednak nawet pobieżne spojrzenie na kolejnych „władców” ZSRR oraz dzisiejszej Rosji zdaje się ją potwierdzać.”

Print Friendly