Robert Antelme „Rodzaj ludzki”

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

            Poszedłem się odlać. Wciąż była noc. Koło mnie sikali też inni; nie rozmawialiśmy. Za pisuarem był rów sracza z małym murkiem, na którym inni osobnicy siedzieli z opuszczonymi spodniami. Mały dach zakrywał rów, ale nie – pisuar. Za nami hałas chodaków, kaszlenie; to przychodzili inni. Sracze nigdy nie były puste. O każdej porze nad pisuarem unosiła się para. (s. 13)

  http://clioweb.free.fr/camps/antelme.jpg          Tak właśnie zaczyna się Rodzaj ludzki Roberta Antelme’a, męża pisarki Marguerite Duras, kolegi z ruchu oporu François Mitteranda. Jest to jedna z licznych książek z kręgu literatury obozowej, zarazem jednak książka jedyna w swoim rodzaju. Zawsze, kiedy o niej mówię, mam problem ze zdefiniowaniem tej wyjątkowości. I wtedy zaczynam myśleć i mówić o wszach. Niby wszyscy wiemy, że więźniów obozów koncentracyjnych dręczyły wszy. Są w każdej książce, która tę tematykę porusza. A jednak nigdzie nie są takie namacalne, takie fizyczne, tak dręczące… Rzadko kiedy wyłażą spomiędzy stron i zdają się obłazić czytającego:

Swędzą mnie ramiona i piersi. Najpierw swędzenie było bardzo lekkie, nie zwracałem na nie uwagi. Teraz muszę popatrzeć, w tym celu trzeba zdjąć koszulę, a jest bardzo zimno.

            Odwróciłem koszulę na drugą stronę, szukałem pod ramionami, pod szwami, spojrzałem z bliska: mam wszy. Jedna jest w tym szwie, wydaje się spać. Jest brązowa, okrągła, widać jej łapy. Rozgniatam ją między paznokciami kciuków. Żeby zabić gnidy, trzeba dalej szukać. Obok wygasłego pieca ktoś także gmera. Nic nie mówi, ale dyskretnie rozgniata między paznokciami. Przyszli inni i jest nas teraz czterech, z gołymi torsami, z gotowymi kciukami. Szukamy i od czasu do czasu rozgniatamy w ciszy. Mamy je wszyscy. To transport z Dachau je tu przyniósł. Nie możemy zmienić bielizny, nie możemy umyć się w ciepłej wodzie, będzie ich więcej, nie pozbędziemy się ich.(…)

            Jest ich coraz więcej. Każdej nocy w kiblach osobnicy o gołych torsach rozgniatają.

            Gdy już prawie zasypiam, zaczyna się pieczenie, pod pachami i między nogami. Staram się nie ruszać, nie drapać, ale jeśli się napnę, czuję wszy maszerujące po skórze. Więc drapię, żeby nie czuć już tej spokojnej samotności wszy, tej niezależności, żeby odczuwać już tylko pieczenie.

            Są w koszuli, w kalesonach. Rozgniata się, rozgniata. Paznokcie kciuków są czerwone od krwi. Wzdłuż szwów śpią grona gnid, jest ich więcej, więcej, to tłuste, odpychające. Krew jest na mojej koszuli, na mojej piersi czerwonej od obdartych ze skóry śladów ugryzień. Strupy zaczynają się tworzyć, wyrywam je, a one krwawią. Już dłużej nie mogę, będę krzyczeć. Jestem gównem. To prawda, jestem gównem.  (Robert Antelme, L’espèce humaine (wyd. przejrzane i poprawione), Éditions Gallimard, Paris 2010, s. 123–126; tłum. Katarzyna Panfil)

I tak przez kilka stron… Studium wszy – drobiazgowe, wnikliwe, pedantyczne. A potem znów i znów, i znów… I nawet w dzień wyzwolenia…

            Ta zdolność pisarza do oddania myśli więźnia, stenografia uczuć objawia się nie tylko przy tej okazji, choć najlepiej sprawdza się w opisywaniu tematów, które – z racji warunków obozowego życia – przybierają charakter natręctw:

(…) Gdyż chorym każdego ranka wydaje się chleb – aż do śmierci. Ci, którzy mają wysoką gorączkę, nie jedzą go od razu. Wkładają go pod poduszkę siennika. Gdyby jakiś osobnik ukradł chleb choremu, wszyscy uważaliby, że to tak samo wstrętne, jak ukraść mleko dziecku. Bardzo niewielu byłoby zdolnych to zrobić. Ale kiedy idziemy na rewir i widzimy, że osobnik, który ma umrzeć, trzyma swój chleb w ręku – a trzyma go z roztargnieniem, jak ktoś, kto zapomniał, że ma chleb w ręku, zapomniał, co to jest – patrzymy. Kawałek wysechł. Jest bardziej żółty niż ten, który wydano nam rano. Nie służy mu do niczego, to jasne. To okropne, okropne dla chleba. Trzyma go miękko w palcach. To po tym ma się pewność, że umrze. Jest kimś stąd, jednym z nas, komu chleb stał się niepotrzebny. (Robert Antelme, L’espèce humaine (wyd. przejrzane i poprawione), Éditions Gallimard, Paris 2010, s. 101; tłum. Katarzyna Panfil)

Zwróćcie uwagę na tę zmianę perspektywy następującą po słowie „ale” (w języku francuskim jest nieco bardziej subtelna, gdyż zamiast „my” pojawia się zaimek „on”, mogący oznaczać zarówno „nas”, jak i bliżej niesprecyzowany ogół). Ma się wrażenie, jakby na chwilę umysł rzeczowo opowiadającego więźnia ogarnęła myśl o kradzieży – Antelme tego nie pisze, ale bardzo wyraźnie się czuje, jaką rozmowę z samym sobą prowadzi ten, kto zobaczy chleb niepotrzebny, trzymany „miękko w palcach”.

            Innym elementem, który wyróżnia narrację Antelme’a, jest ciągłe analizowanie otaczającej go rzeczywistości – rozbieranie jej na czynniki pierwsze, nadawanie sensów małym zdarzeniom, rozbieranie ich na sekwencje jeszcze mniejszych zdarzeń, psychologizowanie sytuacji, próba oceny jej oczami esesmanów. Jak w scenie, w której więźniowie robią sobie posłanie w sianie złożonym w dawnym kościele:

Młody esesman patrzy, jak gmeramy w sianie, nic nie mówi. Wiemy, że mógłby coś powiedzieć, ponieważ siana jest dla nas za dużo, ponieważ koledzy, którzy biorą wiązki i zanoszą je na swoje miejsca, śmieją się; ponieważ jest puszyste i głębokie, ponieważ ten, kto zakopał się w sianie i komu tylko wystaje głowa, jest królem i teraz on mógłby patrzeć na SS jak król. Ponieważ SS zostało oszukane. Nie przez nas – przez porządek rzeczy. Ponieważ nie zostało przewidziane, że będziemy w taki sposób maszerować po sianie, że będziemy mieć taki wyraz twarzy, że chłopi, poruszając wiązkami, odzyskają pewność. Gdy ułożymy się w ten sposób, nasz sen będzie nadużyciem.

(Robert Antelme, L’espèce humaine (wyd. przejrzane i poprawione), Éditions Gallimard, Paris 2010, s. 40; tłum. Katarzyna Panfil)

 

Co ciekawe, autor zdawał się prowokować sytuacje, w których odbywało się coś w rodzaju gombrowiczowskiej gry w wytrącanie z ról. O ile jednak niebezpieczniejszej niż próby upupienia pensjonarki obecne w Ferdydurke! Oto na przykład autor dostaje polecenie zamiecenia w biurze fabryki, w której pracuje. Przedłuża tę czynność w nieskończoność, wiedząc, jak bardzo jego obecność zbija z tropu zatrudnioną tam Niemkę. Doprowadza wreszcie do sytuacji, w której ona wyrywa mu miotłę i zamiata za niego, byle tylko szybciej się go pozbyć. Chwilę później, gdy zjawiają się inni Niemcy, autor tak manewruje miotłą, by skłonić ich do przesunięcia nogi – jakiż triumf! Oto Niemiec, pan, cofa nogę przed nic nieznaczącym więźniem. W dodatku ruch ten zauważa Niemka i zdaje się rozumieć jego rzeczywisty cel.

            Tytuł, który Antelme nadał swoim wspomnieniom, pozwolił mu wyeksponować dwie tendencje widoczne w jego tekście: (1) potrzebę potwierdzenia człowieczeństwa więźniów (autor zdaje się nieustannie upewniać, że mimo wszy, brudu, mimo pogardy esesmanów, wciąż jest człowiekiem), (2) potrzebę odnalezienia człowieczeństwa w ich oprawcach.

Przykładem takiego potwierdzania swojej tożsamości (1) staje się piękna scena przeglądania w lustrze:

         Tamtej niedzieli trzymałem moją twarz w lustrze. Niepiękna, niebrzydka, była olśniewająca. Dotarła tu i przechadzała się tutaj. Była teraz bez zajęcia, ale to właśnie była ona, maszyna do wyrażania. Obok niej gęba SS wydawała się nijaka. A twarz kolegów, którzy po kolei mieli się przeglądać, zostawała sprowadzona do formy zaprogramowanej przez SS. Twarz z lustra była jedyną wyróżniającą się. Tylko ona chciała powiedzieć coś, czego nie można tu było otrzymać. Ten kawałek szkła otwierał się na fatamorganę. Nie tacy tu byliśmy. Byliśmy tacy jedynie w lustrze, całkiem sami, i to, czego z zazdrością oczekiwali koledzy, to był ten kawałek promiennej samotności, w którym powinno utonąć SS i wszyscy inni.

            Ale trzeba było puścić lusterko, podać je komuś innemu, kto chciwie czekał. Staliśmy w kolejce po kawałek samotności. I podczas gdy miało się ją w ręku – swoją samotność – inni nas nagabywali. (Robert Antelme, L’espèce humaine (wyd. przejrzane i poprawione), Éditions Gallimard, Paris 2010, s. 60; tłum. Katarzyna Panfil)

 

Jednym z kilku przykładów dostrzeżenia człowieczeństwa w przedstawicielu narodu oprawców (2) jest scena w fabryce, w której Niemiec nadzorujący pracujących zbliża się do nich i mówi im „Langsam”, to znaczy „powoli”:

            To, co właśnie powiedział, wystarczało, by wysłać go do obozu i zrobić z niego takiego człowieka w pasiaku jak my. Powiedzieć ,,langsam” do ludzi takich jak my – którzy tu jesteśmy, by pracować i zdechnąć – to znaczy, że jest się przeciwko SS. Mamy z tym Niemcem z fabryki tajemnicę, której nie dzieli z żadnym innym Niemcem z fabryki. Kiedy rozmawia z pozostałymi cywilami, z których większość to naziści, jesteśmy jedynymi, którzy wiedzą, że ich okłamuje. Kiedy nie będą już obok niego, pójdzie do innych więźniów i powie im langsam. Rzuci to od czasu do czasu po przyjrzeniu się tym, przed którymi trzyma to jeszcze w rezerwie, i pójdzie sobie, nie dodając nic. (Robert Antelme, L’espèce humaine (wyd. przejrzane i poprawione), Éditions Gallimard, Paris 2010, s. ; tłum. Katarzyna Panfil)

 

Szczególnie poruszająca jest śmierć więźnia mająca miejsce kilka dni przed wyzwoleniem, w czasie transportu do Dachau. Jednak najbardziej przejmująca w tym zdarzeniu nie jest świadomość, że tak niewiele było trzeba, by umierający mógł dotrwać do wyzwolenia i przetrwać wojnę. Nie, najbardziej boli to, że pierwsze akty jego konania nie wywołują wzruszenia i współczucia w jego kolegach, że nie traktują oni poważnie jego jęków (i tutaj mamy do czynienia z trzecim (3) pytaniem o „rodzaj ludzki” – jak bardzo odczłowieczyli się więźniowie, upodabniając tym samym do swoich oprawców?):

Zapada noc, pociąg jedzie. Kolega z Wandei, który ma czarny wrzód na prawym oku, stracił swoje miejsce. Został mu tylko kikut twarzy. Jego lewe oko błądzi, połowicznie wygasłe. Ma rozwolnienie. Chce się położyć pośrodku naszych nóg. Siada. Wrzeszczymy na niego. Dostaje kopniaki w żebra. Jęczy. Nie ma już siły płakać.

– Zróbcie mi miejsce, odrobinę miejsca! – błaga. I siada.

Miażdży nasze nogi. Ktoś nie może tego wytrzymać. Krzyczymy.

– Musisz zostać na swoim miejscu!

Cofam nogi, odwraca się w moją stronę.

– Świnia!

Przerywa, a potem znów jęczy:

– Dajcie mi się położyć!

Nogi poruszają się we wszystkie strony. Koledzy krzyczą:

– Zawraca nam dupę!

Zmiażdżony przez nasze nogi, podnosi się; widać jego długą sylwetkę, która w ciemności kręci się w miejscu ze zwieszoną głową.

– Mam to w dupie! – mówi.

I wyciąga się na całą swoją długość.

Znów cofamy nogi. Wszyscy narzekają. Jęczy, cedząc:

– Co za bydlęta, świnie, nie widzicie, że niedługo zdechnę?

Błaga:

– Zróbcie mi miejsce, żebym zdechł…

I płacze.

– Wszyscy tu zdechniemy!… Zawracasz nam dupę!

Ale pozostaje wyciągnięty i cicho się uskarża.

(…)

Tego ranka kolega z Wandei nie różnił się od tego, czym jest teraz. Tej nocy przyszła śmierć. Jego twarz nie jest straszna, to czarny wrzód dodaje jej dramatyzmu. Wciąż siedzi.

– Dziś w nocy zachowaliśmy się jak świnie – mówi jeden z kolegów.

Milczymy. To nie wyrzuty sumienia, to nawet nie wściekłość. To wstręt. Ten siedzący zmarły, który nie budzi strachu i który nocą zebrał od nas kopniaki, kiedy zaczynał konać, jawi się przed wszystkimi życiami.

(Robert Antelme, L’espèce humaine (wyd. przejrzane i poprawione), Éditions Gallimard, Paris 2010, s. 293–296; tłum. Katarzyna Panfil)

Nie sposób w tak krótkiej notce opisać wszystkich walorów tej książki. Mogę jedynie mieć nadzieję, że kiedyś zostanie przetłumaczona. Mogę mieć nadzieję, że kiedyś będę miała możliwość ją przełożyć. Wasze komentarze i polubienia mogą pomóc przekonać mi wydawcę, że naprawdę warto.

Print Friendly