Henriego Cornélusa "Kufa"

Henriego Cornélusa „Kufa”

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Dzisiejszą notkę również pozwolę sobie poprzedzić pewnym osobistym akcentem: przyznaję, że zawsze, gdy widzę lub słyszę słowo „Afryka”, myślę najpierw o przyrodzie – o przepychu zieleni i rozbujałym nadmiarze lasów równikowych. Dopiero później przychodzą mi do głowy inne obrazki, może bliższe prawdy (choćby dlatego, że lasy równikowe w Afryce zajmują dość niewielki obszar), ale pewnie równie stereotypowe (bo co o Afryce może wiedzieć Europejka, która nigdy w niej nie była?). Nie inaczej było w przypadku pierwszej lektury małego fragmentu książki Henriego Cornélusa pt. Kufa. Na wyimek tej powieści natrafiłam w znakomitej antologii La Belgique en toutes lettres, a lektura tych ledwie dwóch stron sprawiła, że przed moimi oczami stanęły obrazy z książek przyrodniczych i filmów dokumentalnych:

Ale jest tu trudno, moja kobietko, pracować wieczorami. Bardziej niż kiedykolwiek Afryka staje się wtedy Afryką, ziemią ciszy, którą przecinają nagłe krzyki – krzyki ropuch, krzyki ptaków zaskoczonych, być może, gdzieś tam w lesie przez drapieżniki. A kiedy już żaden krzyk się nie podnosi, sama cisza staje się niepokojąca. Cisza absolutna, coś jak wysokie mury, mętne i czarne, które otaczają dom, coś także jak dach ciemności, który ciąży nad dachem z trzcin… Wtedy muszę wyjść. Muszę przynajmniej wystawić nos za drzwi, żeby już nie czuć się uwięzionym. I za każdym razem się dziwię, gdyż na zewnątrz miliony gwiazd większych, bardziej migotliwych niż u nas odsyłają mój czarny sufit na nieprawdopodobne wysokości. (…)

Trzeba tu być, żeby to poczuć naprawdę, trzeba być otoczonym tymi roślinami, które pochłaniają się nawzajem, tym iluzorycznym festynem zieleni, żeby zdać sobie sprawę, że każdy atom ziemi, każde światło nieba przeznaczone są wyłącznie dla liści, wyłącznie dla pni i że to wszystko, co ziemia i niebo dają tym liściom, tym pniom, zdaje się być odbierane ludziom.

                Ma się także wrażenie, bardzo częste, że jest się w bardzo szerokiej pułapce zrobionej z tych roślin, pułapce, która dąży wyłącznie do zamknięcia się nad nami. (…) Każdy krzew, który je [kwiaty] nosi, broni się swoją trucizną, swymi kolcami, wszystkim, co dała mu ziemia, żeby odepchnąć człowieka… Często przepływają przed tymi plumeriami[1] szczupłe pirogi jeziorne. I za każdym razem, kiedy ich czarne kształty wślizgują się w trójkąt gałęzi, mówię sobie, że ten zamknie się za nimi i je zmiażdży, jak to się dzieje z owadami w mięsożernych kwiatach.

–  Henri Cornélus, Kufa, w: V. Jago-Antoine, H. Robaye (red.), La Belgique en toutes les lettres (cz. III, Tranches de vie, s. 227–229), wyd. Espace nord, Bruxelles 2008. Przełożyła Katarzyna Panfil.

Przy lekturze tego fragmentu – ze względu na przyczajony w tych zdaniach obłęd – nasunęło mi się jeszcze jedno skojarzenie: z Jądrem ciemności Josepha Conrada. Skojarzenie niebezpodstawne – w końcu i tam, i tu akcja rozgrywa się na terenie Konga Belgijskiego (jednak w nieco innym okresie: Jądro ciemności – przełom XIX i XX wieku, a więc czas najgorszych zbrodni popełnianych w Kongu, Kufa – lata 40. XX wieku). Tak jak opowiadanie Conrada, tak i powieść Cornélusa (który jako inspektor placówek edukacyjnych spędził kilka miesięcy w Kongu Belgijskim i został z niego odwołany – oficjalnie: ze względów zdrowotnych, nieoficjalnie: ze względu na napisany przez niego raport oskarżający misjonarza o bicie dziecka) obnaża nieludzkie zachowania kolonizatorów:

(…) policjant (…) niedbałym ruchem obraca w powietrzu końcówkę batoga. Policjant z prawej odpycha, czubkiem bicza, jądra czarnego, widoczne między jego udami (…). Wszystkie cztery batogi unoszą się, chłoszczą powietrze, świszcząc, spadają na ciemne pośladki, które zaciskają się i drżą. (…) skóra tego, który jęczał, pęka. I pojawia się czerwone mięso, krwawe niczym delikatny miąższ w ciemnym owocu. Van Leeuwen spogląda z uznaniem na żołnierza, który uderzył. Batog nie może już spaść, kiedy leci krew. Trzeba więc się postarać, żeby to ostatni cios sprawił, by wytrysnęła (…). Razy wciąż spadają na pozostałych więźniów, znacząc na ich ciałach te białe bruzdy, które na tubylcach są państwową pieczęcią.

– Cyt. za: Philippe Fraiture (2001), Sous l’empire du royaume: poét(h)ique de la fiction coloniale issue du Congo beIge (1945-60), University of Nottingham for the Degree of Doctor of Philosophy,
http://eprints.nottingham.ac.uk/29012/1/246492.pdf
, s. 169–170. Przełożyła Katarzyna Panfil.

http://img.over-blog-kiwi.com/300x300/0/56/04/21/20140630/ob_0d0be1_219-copy.jpgTrudno znaleźć w internecie dokładne informacje i większe fragmenty omawianej tu książki, dlatego muszę ograniczyć się do tych dwóch cytatów i powierzchownej analizy. Tym niemniej zamieszczam tu te fragmenty, gdyż godny uwagi wydaje mi się zarówno temat, jak i styl tej powieści. Pozwolę sobie jeszcze zamieścić poniżej jej streszczenie, napisane na podstawie cytowanej wyżej pracy doktorskiej Philippe’a Fraiture’a:

Zostawiając w Brukseli narzeczoną, Jean Pottier, młody adwokat i poeta, wyjeżdża do Kongo, aby zarobić. Jego przełożonym zostaje cyniczny Van Leeuwen, który codziennie chłoszcze „przestępczych” autochtonów. Ten bolesny „spektakl” sprawia, że Pottierowi coraz trudniej utożsamiać się z kolonizatorami. Kiedy w czasie wyjazdu do jednej z odległych wiosek dotyka go gwałtowny atak malarii, opiekuje się nim (i współżyje z nim) autochtonka, czarnoskóra Bibiana. Pottier, z którym zerwała narzeczona, zaczyna się staczać. Ostatecznie ginie, próbując w czasie burzy pokonać jezioro, by dostać się do Bibiany.


[1] Zabawne, że Cornélus pisze tu o „plumeriach” (oryg. frangipaniers), które w Afryce nie są roślinami rodzimymi.
Print Friendly