Conrad Detrez „l’autobiographie hallucinée” (cz. 2)

Conrad Detrez „l’autobiographie hallucinée” (cz. 2)

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

LUDO

Opis wydawcy:

„Na początku lat czterdziestych dwoje dzieci zawiązuje przyjaźń, której nic nie zachwieje: ani szaleństwa wojny, ani konformizm dorosłych. W będącym pierwszy odcinkiem «biografii przywidzianej» Ludo kondensuje się jakże wyjątkowy zbiór wyobrażeń Conrada Detreza, na przemian barokowy, zabawny i poetycki”.


http://www.espacenord.com/ludo–045.htm

Fragment:

Jestem nagi. Pod pretekstem ogrzania mnie moja matka okręca mnie przed piecem, przed Ludo i przed jego matką. Staram się uwolnić. „Ale pozwól mi się umyć!” oburza się, twierdzi, że obracam się zbyt szybko, że nie ma czasu przesunąć ręką po moim brzuchu. Matka i Ludo patrzą na mnie, obracam się, nie pytając o pozwolenie. Moja matka przywołuje mnie klapsem, [stojąc tak] odwrócony brzuchem do pieca, jestem wielkim głuptasem, gamoniem, nie ma dziewczyn w oknach czy w kuchni, są tylko mamy! I Ludo. Chłopak. Taki sam chłopaczek jak ja, zupełnie taki sam i któremu wystarczy, że popatrzy na siebie… ale to na mnie patrzy. Kiedy do nas przychodzi, już jest umyty, ma założoną piżamę, jego toaleta jest zawsze skończona. Wystarczy, że Ludo popatrzy na siebie, ale dlaczego więc tak na mnie patrzy, jak ktoś, kto nigdy nie widział chłopca?

                Moja matka postawiła miednicę na krześle, kazała mi wejść do wody. Jest ciepła. Dlaczego Ludo na mnie patrzy? Dlaczego? Ona wymierza mi tak energiczne trzepnięcie, że posyła krzesło, miednicę, wodę i mnie samego na mojego kolegę. Jego matka interweniuje. Ludo się rozebrał, nie miała czasu się wmieszać. Moja matka pośpieszyła się do miednicy, podnosi ją, stara się ją odwrócić na moim towarzyszu. Ludo biegnie przez kuchnię, moja matka go goni, wymachując miednicą jak bronią. Jego matka goni moją, wzywa prześladowanego, żeby ponownie się ubrał, z kołdrą zmienioną w gąbkę, z ręcznikiem albo z ręką, ze wszystkim, co można znaleźć na jej drodze, talerzem, filiżanką, nie ze szklanką, przez szklanki wszystko widać, nie można nimi ukryć swojej biedy… Ludo jest zaklinowany między szafą a ścianą. Moja matka oblicza swój gest, unosi metalowy przedmiot nad swoją głowę. Ludo kuca w kącie, kurczy się. Moja matka spuszcza pojemnik na podłogę z hałasem jak w pierwszy dzień wojny, hałasem bardziej ogłuszającym niż wszystkie wojny nad wszystkimi miastami wszystkich krajów. Ludo jest w pułapce jak szczur, jak mysz pod kloszem. Oby dostatecznie się spłaszczył, inaczej odnajdziemy go ze strzaskaną czaszką, połamanymi rękoma, ramionami pękniętymi jak gałęzie po burzy. Moja matka staje na odwróconej misce, nuci pieśń zwycięstwa. Matka Ludo pada przede mną na kolana, jakbym był Świętą Dziewicą. Moja matka podnosi przykrycie: Ludo tam nie ma. Sąsiadka mdleje, z głową między moimi nogami.

– Cyt. za: Robert FrickxRICKX, Conrad Detrez,
http://www.servicedulivre.be/servlet/Repository/Conrad_DETREZ.PDF?IDR=6551
(s. 18). Tłumaczenie: Katarzyna Panfil.

LES PLUMES DU COQ

Opis wydawcy:

Conrad Detrez odwiedza ponownie, wiele lat później (powieść ukazała się w 1975 roku), zamknięty i surowy świat katolickiego pensjonatu, w którym się uczył. Dziwny świat, narażony na religijną histerię, gdzie maniakalny kierownik oddaje się krwawym nocnym orgiom w kurniku, gdzie dręczenie [fala] prowadzi do nasilenia majaków seksualności – wszystko to w Belgii lat pięćdziesiątych, zajętych Question royale [wydarzeniami związanymi z powrotem po wojnie do kraju króla Leopolda III]. A w tym wyolbrzymionym i strasznym opowiadaniu, będącym oskarżeniem o zbytnią surowość edukacji religijnej, pisarz daje wolną drogę swojemu barokowemu i fantastycznemu natchnieniu.


http://www.espacenord.com/les-plumes-du-coq–136.htm

Fragment:

Mój oddech nagle przyśpiesza, dopływ i odpływ krwi wewnątrz mojej piersi wzrasta, jeden prąd zaburza pracę drugiego, rozregulowując regulatory. Moje ręce trzęsą się, gorączka elektryzuje moje ciało, sprawia, że drżą mięśnie mojej twarzy, kłuje wierzchołki moich kości policzkowych, kontur moich ust. Moja skóra zmienia kolory, widzę to w jej oczach; obym nie był zbyt zielony lub zbyt biały, lub niebieski – kto wie? Promień słońca sprawia, że jej powieki mają lekko fioletowy odcień, uśmiecha się. Jej usta rozkazują moim, a one podporządkowują się jak plaster, który rozwinięto, przez nieuwagę, zbyt blisko rany. (…) Porządkuję zdania, rekapituluję w umyśle: primo, trzyma się je zaciśnięte, później – od razu potem, secundo, należy… trzeba… tam! Na stole, zszedłszy bosymi stopami na trawnik stołu bilardowego, On tam jest, ma rozchylone szaty i wyciągnięte ręce i płacze. On patrzy na mnie. Smutek wykrzywił Mu ciało, zdradzam Go, zdradzam Jego ciało i Jego ciało pęka, będzie krwawił. Wstrząsa mną trwoga, moja partnerka wzdraga się, mój język, omsknięty, gubi się między dziąsłem a jej górną wargą. Wzięta z zaskoczenia, dziewczyna wybucha śmiechem, opryskuje mi mżawką śliny brodę i policzki. Moja temperatura obniża się momentalnie, moje ciało lodowacieje. Całowana podejmuje jakiś gest, chce się opanować, mamrocze coś jakby początek przeprosin, ale ja się wycofuję. Powierzchnia stołu bilardowego jest pusta, Oblubieniec odszedł, z nietkniętym ciałem. Młoda dziewczyna dołącza do mnie pod pomarańczowawymi lampami, kieruje na mnie długie spojrzenie, którego – w swoim zmieszaniu – nie potrafię odczytać: czy ze mnie drwi czy mnie wypytuje. Przesyłam jej najbardziej pokonany uśmiech w całej mojej egzystencji, ulatniam się jak chory, który – źle znieczulony – odzyskuje swe zmysły i ratuje się, oszalały, z sali operacyjnej.

– Cyt. za: Robert FrickxRICKX, Conrad Detrez,
http://www.servicedulivre.be/servlet/Repository/Conrad_DETREZ.PDF?IDR=6551
(s. 22). Tłumaczenie: Katarzyna Panfil.

L’HERBE À BRÛLER (nagroda: prix Renaudot)

 

Opis wydawcy:

Ta powieść opowiada perypetie młodego Conrada. Zaprowadzą go z pensjonatu w małym siole w Saint-Rémy poprzez seminarium uniwersytetu w Louvain do Brazylii.


http://www.espacenord.com/l-herbe-a-bruler–186.htm

Link do filmu, na którym autor opowiada o tej książce (po franc.).

Fragment:

Defekowałem, nie chcąc defekować, leżałem w moich wydzielinach, w moim gównie, srałem, nie wiedząc którędy: mój odbyt był tylko papką, skupiskiem błon śluzowych, skrzepów, korków z mielonego mięsa, a wtedy rzeźnicy przewrócili jatkę, jednym gestem oczyścili stół z mojego ciała i moich ekskrementów. Podniesiono mnie, zawinięto w pościel, zabrano do więzienia, w sekrecie. Tam piłem, sikałem na moje rany z jakąż słodyczą i współczuciem dla samego siebie, potem znów zapadłem się, zbiór bezkształtnego mięsa, w nieświadomość.

Cyt. za: Robert FrickxRICKX, Conrad Detrez,
http://www.servicedulivre.be/servlet/Repository/Conrad_DETREZ.PDF?IDR=6551
(s. 27), Tłumaczenie: Katarzyna Panfil.

Print Friendly